Jestem w KSMie niecałe dwa lata. Nie wiem czy to oznacza, że mam małe doświadczenie, czy już całkiem przyzwoite… ale doświadczenie mam, a więc co mogę powiedzieć o wspólnocie KSM oprócz tego, że zrzesza ludzi młodych chcących rozwijać się w wierze chrześcijańskiej, wspólnie bawić bla bla bla… Co mogę powiedzieć?

Pierwsze spotkanie właściwie nie przypadło mi do gustu… Była zima. Przyszłam standardowo na Mszę Świętą na godzinę osiemnastą (tak jak słyszałam, że się robi). Oczywiście cała zdenerwowana, w słonym pocie, ciągam za klamkę modląc się, żeby nie zrobić jakiejś sensacji. Otwieram drzwi i niestety. Wszystkie oczy na mnie, a żeby było zabawniej, ksiądz Maksymilian (który zawczasu prowadził nasz oddział Świętej Rodziny w Augustowie) wyjeżdża mi z tekstem: ,,O, Olga… spodziewałem się, że przyjdziesz…”. Tak czy siak tego wieczoru były chyba jego urodziny czy coś w tym stylu, bo oglądaliśmy film poświęcony całkowicie temu obcemu mi wtedy księdzu. Jak gra na gitarce, zdjęciom z wakacji… ogółem nie to czego się spodziewałam po wspólnocie rzekomo chwalącej Boga Najwyższego. I po tym zajściu wróciłam do KSMu chyba dopiero po pół roku. Ha ha! Jak tak się zastanowić to też ciekawa historia, ale oszczędzę jej dla tych, którzy zrozumieją dlaczego.

Ciekawe mam wspomnienia z KSMu… Łącznie spotkania, rekolekcje, bal… Naprawdę… nie jest tak sztywno jak można się spodziewać. Jest wręcz całkiem miło! Jak tak się zastanowię to zawdzięczam naszej wspólnocie parę jazd autobusem (które uwielbiam), smak pysznych ciastek z płatków kukurydzianych i mleka (jeju Patrycja!), dużo śmiechu, ucieczkę przed stadem koni, szaloną letnią noc gier planszowych, najlepsze piosenki rapowe wszech czasów (w tym jedna specjalnie dla mnie… bo jestem kobietą… Oj! Dajcie pomarzyć!), poznanie księży po opuszczeniu ich naturalnego środowiska, ganianie się z miotłą po północy, przypadkowe wcielenie się w cichego zabójcę (przepraszam dziewczyny, nie mogłam spać, byłam zła). Dużo uścisków, miłości, akceptacji, zrozumienia, szczerości, łez, mądrości, inspiracji, wyluzowania, spokoju, powołania, codziennych i niecodziennych cudów. Bezpieczeństwa. Śpiewania i tańczenia ku chwale Pana. Wewnętrznej przemiany, która umożliwiła mi kochać lepiej i siebie, i innych, być odważną, mówić to co myślę… być sobą.

KSM to coś… coś więcej… A nie pojadę jakąś tam formułką na koniec.

KSM to my. Zrzesza wszystkich ludzi tak różnych w charakterze, wyglądzie, wieku i przez miłość do naszego przyjaciela, Jezusa Chrystusa, łączy ich w ,,my”.

To właśnie jest KSM.

Olga Jackiewicz, Olecko, NMP Królowej Polski